wtorek, 22 stycznia 2013

Królicza recenzja - Skins UK

   Do seriali pseudo młodzieżowych jakoś nigdy nie mogłem się przekonać. Nie żebym uważał się za jakoś strasznie starego czy coś, jednakże tematyka ostrego chlania, czy ćpania ile się da jakoś nigdy mnie nie pociągała. Przynajmniej w serialach.

  Na Skinsów nie trafiłem przypadkiem. Moja kochana dziewczyna wraz ze swoją siostrą dosłownie wielbią ten serial i dość mocno tępiły mój krytycyzm co do tematyki. "Nie oglądałeś to się nie wypowiadaj" - mówiły  No cóż, jako, że to chyba jedyny rozsądny argument z ich ust, przytaknąłem i tak oto w bólu przeszedłem przez cały pierwszy sezon wymienionego wcześniej serialu angielskiej produkcji.

 
  Już przy pierwszych odcinkach widzimy, że jest to serial dość niegrzeczny z mocno zarysowaną historią grupki przyjaciół  która jest mocno... zakręcona. Tony, Michelle, Sid, Maxxi, Anmar, Chris, Jal, Cassie oraz Effy (która jest mocno pominięta przez pierwszy sezon, choć jest 2 najlepiej zagraną tu postacią) - każde z nich prezentuje odmienny światopogląd, co nie przeszkadza im zbytnio w obgadywaniu się za plecami, skrajnym egoizmie, czy działaniu pod wpływem chwili. Wszyscy chleją do upadłego  palą trawkę  odurzają się piksami czy uprawiają beztroski sex z kim popadnie. No i oczywiście rzucają taką ilością epitetów, że sam bylem zaskoczony. Teraz już wiem skąd dzisiejsze gimbusy biorą przykład...

   Główną i moim zdaniem jedyną zaleta serialu jest wyraźna niepoprawność kulturowa i formula, która nadaje całości specyficzny klimat. W samej Wielkiej Brytanii, jak i na całym świecie Skinsi wzbudzili masę kontrowersji. Sam zwiastun serialu przyciągną 1,7 miliona widzów! Miarą sukcesu tego serialu było przede wszystkim ukazanie "trudnego" okresu dojrzewania siedemnastolatków, którzy powoli wchodzą w dorosłe życie.



   Teraz trochę o fabule. Każdy odcinek jest poświęcony oddzielnej postaci, nie pomijając oczywiście reszty paczki, która jest wplatana w główny wątek. Zacznijmy może od początku. Pierwszym poznanym przez nas bohaterem jest Tony, główny łamacz serc serialu i brat Effy. Jest typem intelektualisty, który korzysta z życia mając gdzieś zdanie innych. Jego filozoficzny choć dość dziwny ton wypowiedzi sprawia że można go uwielbiać lub, tak jak ja, nienawidzić. Manipulowanie ludźmi opanował do perfekcji co można zauważyć najbardziej w jego stosunkach do jego najlepszego kumpla, którym jest Sid. Jest on ofiarą losu, która daje się namówić do prawie wszystkiego. Mimo swojej bezużyteczności jest on jednak dość charakterystyczny, ponieważ przez 98% odcinków ma na głowie czapkę. Nie wiem, może jakaś ichnia moda. Mówiąc o Sidzie trzeba też wspomnieć o Michelle, dziewczynie Tonego, w której jest straszliwie zakochany. Kolejną dość ciekawą postacią jest Chris. Chłopak  który nadużywa trawki i romansuje z własną nauczycielką psychologii. Następnymi w kolejce są Maxxie i Anmar, najlepsi przyjaciele, z którym jeden jest homoseksualistą a drugi muzułmaninem  Kto wie cokolwiek o tej religii zapewne zdziwi się na takie połączenie  no ale cóż, chłopcy starają się "walczyć" o swoją przyjaźń. Następną osoba w kolejce jest Cassie, która moim zdaniem jest najlepiej stworzoną i zagraną postacią. W jej role wcieliła się Hannah Murra (spostrzegawczy zobaczą ją jako jedną z hipisek w Mrocznych Cieniach, ale również jako Gilly w Grze o Tron). Cassie jest anorektyczką żyjącą we własnym świecie, a z jej ust najczęściej można usłyszeć "ŁAŁ!", które tylko dodaje uroku tej postaci. Ostatnią w paczce jest Jal, która jest najnormalniejszą w świecie nastolatką z dobrego domu.
Powinienem jeszcze wymienić Effy, jednakże, jak już pisałem wcześniej, uaktywnia się ona dopiero w drugim sezonie. Wraz z Tonym tworzą dość specyficzne rodzeństwo. Sama Effy jest niesamowitą postacią.

   Nie ma w sumie co się nadal rozpisywać. Anglicy stworzyli dość znośny serial, który przez swoją tematykę stal się jednym z najpopularniejszych programów wśród młodzieży. Osobiście podobał mi się średnio, muzyka ratowała wszystko. Ale i tak polecam go... No właśnie, komu? Hmmm... Chyba młodzieży, tak po 16 roku życia.

OCENA: 5/10 

(tylko i wyłącznie dzięki Cassie)



środa, 16 stycznia 2013

A czy Pan jest wierzący?



   Jestem ateistą. Mówię o tym wprost, co wywołało wielki sprzeciw ze strony moich rodziców, jak i całej rodziny. Stałem się dla nich taka mała czarną owca. A to wszystko dlatego, że nie mogą zrozumieć, iż po prostu przestałem wierzyć w ich "boga".

   Wszystkie religie są niezrozumiałe. Ja sam zostałem wychowany w obrządku chrześcijańskim (albo katolickim, do tej pory nie mogę zapamiętać czy to to samo czy jednak już coś innego) i nie oszukujmy się, jako dziecko nie potrafiłem wytrzymać tej godzinnej niedzielnej mszy. Czemu? Z prostego powodu. Jako dziecko nie rozumiałem prawie żadnych kwestii poruszonych na mszach. Byłem za mały i na prawdę, dziecięcy móżdżek nie ogarnia tego wszystkiego, tylko uczy się wyklepanych kwestii na pamięć. Poza tym, jak małe dziecko, czy nawet nastolatek może wytrzymać nie robiąc nic tak na prawdę ciekawego? No nie da się... A przynajmniej ja nigdy nie potrafiłem.

   Od samego poczęcia jesteśmy naznaczeni poczuciem winy. Grzech pierworodny, popełniony przez nieposłusznych ludzi tysiące lat temu, ciągnie się za nami od poczęcia aż do śmierci. Niedobrze się robi na myśl, że dziecko, które ledwo co się urodziło jest już czegoś winne, bo ktoś nabroił na kartach „świętej księgi” zanim ten berbeć jeszcze coś powiedział. I tak na dobra sprawę, czy sam zamysł grzechu nie jest pozbawiony sensu? Nikt nie musi czytać Biblii czy innych świętych ksiąg by wiedzieć, że zabicie drugiego człowieka jest złe, chociaż czytając Stary Testament można dojść do wniosku, że taki czyn jest nawet wskazany, gdy ofiara jest z innego narodu niż nasz. W takiej sytuacji możesz zabić mężczyzn, gwałcić kobiety, nawrócić pod przymusem dzieci, a cały dobytek spożytkować ku własnej przyjemności, byleby twoje uczynki były usprawiedliwione przed Bogiem.

   Czym jest w ogóle grzech? Moim zdaniem jest to czyn, który po prostu nie podobał się jakiejś niewidzialnej czysto hipotetycznej Istocie, przez który ona ześle mnie do piekła czy innego złego miejsca. Nie potrzebuje straszenia tego tupu rzeczami by wiedzieć że trzeba czynić dobro a nie zło. Bóg grozi nam wszystkim piekłem, gdzie będziemy siedzieć w męczarniach, ale oczywiście podkreśla przy tym że nas kocha. Wszystkich razem i każdego z osobna. A jak będę grzeczny to w nagrodę pójdę do nieba. Osobiście nie potrzebuję obietnicy wiecznego egzystowania w niebie, żeby tu na ziemi czynić dobro. Nie potrzebna mi idea grzechu, żeby wiedzieć co złe a co dobre. Po prostu w nią nie wierzę.

   Moim zdaniem religia jest absurdalna. Smutno mi się robi na myśl o znajomych, którzy w okresie adwentu lub wielkiego postu odmawiają pójścia na jakąkolwiek imprezę, ale dopiero niedawno dotarło do mnie, że robią to ze strachu... przed wiecznością w piekle.

   Więc znacie już moje powody przez które "odszedłem" od wiary. A co w zamian oferuje ateizm? No, w zasadzie ateizm nie ma nic do zaoferowania. Na początku można poczuć się osamotnionym, nie ma się do kogo zwrócić z prośba czy komu wyżalić swa smutki. Stajemy się słabi, gdy dostrzegamy, że pojawiamy się na krotką chwilę na Ziemi i nie ma w tym żadnego głębszego celu. Nasze życie, nasze dobre i złe uczynki są brane pod uwagę tylko tutaj, bo nie ma już żadnego "tam".

   No a co będzie po śmierci? Nic? Pustka, zapomnienie? No, z ta myślą trzeba się pogodzić i może właśnie dlatego ludzie wola wierzyć. Jeżeli doszedłeś do wniosku, że Bóg nie istnieje i wpędza Cię to w chandrę, to jakaś intelektualna odpowiedzialność wymaga od Ciebie, abyś był wierny swoim przekonaniom właśnie dlatego, iż uważasz je za prawdziwe. Na prawdę źle jest wierzyć w coś tylko dlatego że się nam przydaje lub mamy z tego jakieś korzyści...

   Ateiści nie muszą być ludźmi smutnymi, wbrew temu co mówią wierzący. Jeśli odrzucisz to że świat został stworzony przez Boga w 7 dni, to zawszę możesz zastanowić się nad alternatywą tego. Świat zaistniał w Wielkim Wybuchu ponad 13 miliardów lat temu! Swoje istnienie zawdzięczamy prawom fizyki, które uczyniły naszą planetę zdatną do istnienia życia. Atomy z których składa się nasze ciało powstało w wybuchach pewnych supernowych. Czy nie uważacie że to brzmi wspaniale? Od samego początku życia, blisko 4 miliardy lat temu, każdy z Twoich przodków zdołał dojrzeć i wydać na świat potomstwo, nim umarł lub zgina. Jesteś więc wielkim szczęściarzem, gdy zdasz sobie z tego wszystkiego sprawę. Jakim tez jesteś szczęściarzem kiedy pomyślisz sobie ze paręnaście czy parędziesiąt lat temu jeden z miliona plemników połączył się z jajeczkiem. Dzięki niemu to właśnie Ty teraz istniejesz. Żyjąc możesz za pomocą swojego umysłu, powstałego dzięki skomplikowanemu działaniu ewolucji, pojąć Wszechświat i prawa, które nim rządzą. No i przede wszystkim należysz do jedynego gatunku zwierząt na Ziemi, który jest do tego zdolny, a może i nawet jedynym we Wszechświecie!

   Nie wymieniłem tutaj wszystkiego, takich cudów jest jeszcze wiele więcej, lecz wszystkie one sprawiają wrażenie istnienia jakiegoś celu. No bo przecież jakie to strasznie mało prawdopodobne ze zaistniałeś właśnie teraz i właśnie tutaj, aby za pomocą swoich zmysłów i umysłu świadomie obserwować ten niesamowity świat. To niesamowite życie. Pamiętaj jednak że nie rodzisz se z przypisanymi sobie celami, a tylko starasz się mieć jakiś i żyć tak, żeby nadać temu życiu sens. Bo ono samo może go nie mieć.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Back to the Future

   Właśnie zakończyłem seans jednego z najbardziej epickich filmów mojego dzieciństwa, a mianowicie "Powrót do Przyszłości". Opowiada on o Martym McFly'u, zwykłym licealiście, który zostaje wysłany do przeszłości gdy jego przyjaciela (a może raczej pewnego rodzaju mentor) dr. Brown'a zabijają terroryści. No cóż, tak to już jest gdy kradnie się pluton Libijczykom... Sam Marty, jak na głównego bohatera przystało, zmienia odrobinę bieg historii spotykając swoich rodziców i doprowadzając do wielu zabawnych sytuacji.

   Jak na film robiony w 1985 jest on na prawdę wspaniały. Widać, że reżyser Robert Zemeckis (tak, tak, ten sam, który popełnił "Gigantów ze Stali") jak i sami aktorzy na prawdę przyłożyli się do tej produkcji. Z resztą, jak mogło by być inaczej w filmie, w którym gra młody Michael J. Fox?
  
  No ale w sumie nie o tym chciałem pisać. W "Powrocie do Przyszłości" mamy bardzo ciekawie ukazany motyw podróży w czasie. Chyba każdy z nas w dzieciństwie chcieli w jakiś magiczny sposób móc przenieść się do jakiegoś momentu w życiu, który nie za bardzo nam wyszedł i go naprawić. Ale czy myśleliśmy kiedykolwiek o konsekwencjach zmiany? Nigdy nie możemy być pewni, czy według nas dobra decyzja nie zniszczy komuś innemu życia.

  Nie chcę tutaj jakoś dramatyzować. Przecież można zrobić wiele dobrego, to fakt. Nie dopuścić do II Wojny Światowej, czy zamachu z 11 września. To prawda, ale czy możecie sobie wyobrazić sytuacje, gdy waśnie przez ten zamach poznała się para, która spłodzi wynalazce serum na raka? Albo gdyby któryś z SS-manów nie zrobi nagonki podczas godziny nocnej wasi pradziadkowie nigdy by się nie poznali, czyli wy nigdy byście się nie narodzili? Robiąc coś dobrego można przez czysty przypadek wymazać kogoś z historii. Ba, pozbawić życia nawet go nie znając.

  Jedynym wyjściem podróży w czasie tak na prawdę jest bierna obserwacja. Tylko tak można utrzymać porządek wszechrzeczy. 

  Ja osobiście bałbym się podjąć tak wielkie ryzyko. A wy? Czy byli byście w stanie zmienić przeszłość? Jeżeli tak, to co zmienilibyście? Na wasze odpowiedzi czekam w komentarzach. :)